NIECH ŻYJE CHRYSTUS KRÓL            KRÓLUJ NAM CHRYSTE            PANIE JEZU BĄDŹ PANEM MOJEGO ŻYCIA

 
  • 11.jpg
  • 13.jpg
  • 8.jpg
  • 1.jpg
  • 12.jpg
  • 10.jpg
  • 5.jpg
  • 4.jpg
  • 9.jpg
  • 2.jpg
  • 3.jpg
  • 6.jpg
  • 7.jpg

zdjecie

W liczącej dwa tysiące lat historii Kościoła każde pokolenie kapłańskie przeżywało swoje radości i smutki, zwycięstwa i klęski, dni chwały i poniżenia.

Poza realizowaniem zawsze tego samego zadania, jakim dla każdego kapłana jest nawracanie ludzkich serc i prowadzenie ludzi do zbawienia, każde pokolenie kapłańskie musiało odpowiadać na znaki swojego czasu, a jednocześnie musiało być zawsze znakiem sprzeciwu wobec ulegającego wpływom zła świata.

Tak było w starożytności, kiedy chrześcijaństwo było prześladowane, a męczeństwo za wiarę stanowiło zwyczajne zwieńczenie losu kapłańskiego.

Tak było w wiekach późniejszych, kiedy pomimo powszechnej akceptacji dla chrześcijaństwa, targane było ono herezjami, sektami i odstępstwami, a także bezwzględnie niszczone w basenie Morza Śródziemnego przez wyznawców islamu.

Tak było w okresie reformacji, która spowodowała krwawe i bynajmniej nie przez Boga kierowane wojny religijne, które spustoszyły wielkie części Europy i przyniosły okrutną śmierć tysiącom chrześcijan ginących z rąk innych chrześcijan.

Tak było w epoce oświecenia i wywołanej przez ateistyczne ideologie rewolucji francuskiej, która w imię bezbożnych haseł, wymyślonych przez niektórych intelektualistów, wyniszczyła w samej Francji ponad milion katolików, w tym wielu kapłanów.
Ateistyczne, bezbożne hasła i programy walki z chrześcijaństwem przejęły dziewiętnastowieczne i dwudziestowieczne ateistyczne ideologie, które wywołały nowe rewolucje, wojny i zbrodnie tak wielkie, że żaden człowiek nie jest w stanie sobie ich wyobrazić. A wśród dziesiątków milionów chrześcijan, którzy byli dręczeni, zabijani, torturowani, zniesławiani i poniżani przez bolszewickich, hitlerowskich, komunistycznych i faszystowskich bandytów, były tysiące kapłanów, którzy w najgorszej męce i cierpieniu pozostawali solidarnie z umęczonym chrześcijańskim ludem.

Publiczne świadectwo

Trudno dziś wyobrazić sobie nam, osobom współczesnym, z których wielu nie pamięta już nie tylko czasów prześladowań hitlerowskich, ale nawet czasów późnokomunistycznych, czasów stanu wojennego i męczeństwa księdza Popiełuszki - przed jak wielkimi wyzwaniami stawać musieli kapłani i z czym musieli się zmagać w tamtych czasach. Jak bardzo trudno było im pełnić zadania duszpasterskie w sytuacji ustawicznej opresji, kiedy byli bezustannie nękani, podsłuchiwani, oskarżani i karani - więzieniem lub dotkliwymi karami pieniężnymi - za gorliwą pracę kapłańską, kiedy rabowano bez skrupułów własność kościelną, kiedy na rozmaite sposoby utrudniano pracę katechetyczną i duszpasterską.

Jak trudno było ówczesnym kapłanom zachować wierność Bogu, Kościołowi i - co niezwykle ważne - swojemu powołaniu kapłańskiemu.

Jak trudno było w świecie wrogich, nienawistnych mediów, w skoordynowanej, prowadzonej przez setki tysięcy specjalnie szkolonych sług reżimu komunistycznego akcji ateizacji społeczeństwa, ogarniającej szkoły, uczelnie, urzędy, wojsko, milicję, tzw. ORMO, i całe życie publiczne - być znakiem sprzeciwu przeciwko temu wszystkiemu, przeciw temu kosmicznemu wprost szatanowi, podobnemu do apokaliptycznego smoka z milionami krwawych i bluźniących bez przerwy paszcz.

Przez dziesięciolecia tylko kapłani byli w Polsce znakami sprzeciwu wobec komunistycznego totalitaryzmu. To oni moralnie i mentalnie przygotowali polski Naród do opozycji i rewolucji solidarnościowej. W czasach stalinowskich i później, prawie do końca lat siedemdziesiątych, to tylko oni w naszym kraju byli z Narodem i podtrzymywali go w jego wierności Bogu i Ojczyźnie, w jego umiłowaniu wolności, sprawiedliwości i niepodległości.

To oni dawali w czasach prześladowań stanu wojennego schronienie opozycjonistom, nie pytając ich o przekonania religijne i zasady moralne. Nie liczyli bynajmniej na wdzięczność. Od wielu, którzy Kościołowi zawdzięczali bardzo dużo, nie doczekał się on nie tylko najdrobniejszego znaku wdzięczności, lecz nawet śladu zrozumienia dla jego misji. Przeciwnie, został wkrótce oszczerczo zaatakowany za to, że jakoby pragnie wywierać zbyt wielki wpływ na życie Narodu Polskiego, za to, że rzekomo wtrąca się do polityki, że rzekomo pragnie ustanowić w Polsce teokrację itd.

W tym ataku na Kościół, zwłaszcza na początku lat dziewięćdziesiątych, zjednoczyły się postkomunistyczne, lewackie ugrupowania z wyznawcami ateistycznego liberalizmu. Dysponując potężnymi mediami i politycznymi wpływami, wspólnie zaczęły występować przeciw chrześcijańskim zasadom moralnym. Wspólnie zaczęły głosić kompletny relatywizm moralny, permisywizm i kosmopolityzm. Wspólnie zaczęły się domagać aborcji na życzenie. Wspólnie, gdzie tylko mogły, zaczęły podważać autorytet Kościoła i domagać się, by wiara stała się sprawą całkowicie prywatną, a działalność księży, by ograniczyła się do kościołów i zakrystii.

Oświeceniowa ideologia wolności

Niektórzy tę wspólnotę ideową i programową nowej lewicy i nowego antychrześcijańskiego liberalizmu przyjęli ze zdumieniem. Nie mogli zrozumieć, dlaczego siły te tak solidarnie występują przeciw zasadom wiary i moralności chrześcijańskiej.

Tymczasem odpowiedź jest prosta. Komunizm we wszystkich swoich postaciach i postkomunizm, modernizm i postmodernizm, libertynizm i tzw. poprawność polityczna, dla której tubą propagandową stały się dziś najrozmaitsze media, wszystko to czerpie swoje żywotne siły z tzw. oświeceniowego programu ojców rewolucji francuskiej, takich jak Diderot, Wolter, Rousseau, La Metrie, Holbach i inni. W programie tym naczelną ideą była idea całkowitego wyzwolenia i całkowitej wolności. Wolności od wszelkiej władzy, od wszelkiego autorytetu, od wszelkich zasad moralnych i religijnych. To dlatego francuscy rewolucjoniści wołali na ulicach Paryża: precz z królami, książętami, biskupami, księżmi, nauczycielami, zarządcami, burmistrzami. Precz z państwem, szkołą, urzędem, policją i Kościołem. Precz z każdym, kto ośmiela się powiedzieć: powinieneś żyć tak i tak, powinieneś się liczyć z takimi i takimi zasadami, powinieneś wierzyć w to i to, powinieneś przestrzegać prawa, powinieneś zachowywać Dekalog.

W imię tych, tzw. oświeceniowych haseł, mordowano, burzono, niszczono, dopuszczano się niewiarygodnych wprost zbrodni i zawsze zwalczano Kościół, który nie zgadzał się i nigdy nie zgodzi na anarchię moralną, który nawołuje do uznania najwyższego autorytetu Boga i Jego przykazań, który nie zgadza się na deptanie prawa naturalnego, na zabijanie niewinnych nienarodzonych dzieci w aborcji i starych ludzi w eutanazji, na absurdalne związki homoseksualne, na zbrodnicze pseudonaukowe doświadczenia na ludzkich embrionach; który domaga się wolności ewangelizowania, który przypomina ustawicznie, że człowiek nie jest zwierzęciem, lecz dzieckiem Bożym; że jego los nie kończy się na fizycznej śmierci; a także to, że jako istota wolna i świadoma odpowiedzialny jest za życie, z którego przed Bożym sądem musi zdać kiedyś rachunek.

Od ponad dwustu lat ateistyczny program oświeceniowy przyjmowany jest przez coraz to nowe siły polityczne i wywoływane przez nie rewolucje w różnych krajach. Ubiera się go w różne formy. A zależnie od posiadanej realnej siły i władzy politycznej wciela w życie społeczne. W razie potrzeby kamufluje. Ale zawsze promotorzy tego programu identyfikują go z postępem, nauką, nowoczesnością i "świetlaną" przyszłością świata. Działo się tak w przeszłości i dzieje się tak nadal, mimo że ludzie, którzy program ten ongiś wcielali w przeszłości w życie, spowodowali nieprzeliczone zbrodnie i ofiary. Program ten w wielu krajach nadal jest wcielany w życie, mimo że opiera się na totalnym - pochodzącym od ojca wszelkiego zła - kłamstwie.

Nietolerancja katolików

Od ponad dwustu lat Kościół podejmuje swoją misję w takim właśnie świecie. Posłany jest przecież do całego świata, do wszystkich narodów i ludów. I wszystkim ma za zadanie głosić Ewangelię. I wszystkim ma za zadanie mówić, co jest dobre, a co złe, oraz co jest prawdziwe, a co fałszywe. I to ostatnie, czyli głoszenie prawdy, jest szczególnym kamieniem obrazy dla współczesnego postmodernizmu i liberalizmu, dla wspominanej już "poprawności politycznej". Wyznawcy tych ideologii bowiem we współczesnym, zachodnim zwłaszcza świecie, atakują nieubłaganie chrześcijaństwo, a nawet w ogóle monoteizm judeochrześcijański, za to, że ośmiela się głosić, iż jest posiadaczem objawionej przez Boga, niezmiennej, ponadczasowej prawdy. Zwolennicy tych ideologii uważają, że jeśli ktoś twierdzi, iż zna niezmienną prawdę, iż wie, jaki jest prawdziwy sens ludzkiego życia, jakie postępowanie jest dobre, a jakie złe moralnie - to taki człowiek jest z definicji nietolerancyjny, zamknięty na inne poglądy, ksenofobiczny itd.

Był czas, kiedy Kościół katolicki, w odpowiedzi na oświeceniową antychrześcijańską ideologię, która go zaskoczyła, zaczął przyjmować postawę wyłącznie obronną, postawę oblężonej twierdzy. W XIX wieku bardzo mocno podkreślano w związku z tym w Kościele znaczenie autorytetu, tradycji i konieczność odrzucenia jakichkolwiek nowych idei i nowożytnej cywilizacji. Starano się odgrodzić Kościół od otaczającego go świata, w którym era przemysłowa wstrząsała wartościami religijno-moralnymi i niszczyła jego wypracowany w ciągu wieków obraz. Przez to Kościół stawał się coraz bardziej odległy od nowoczesnych społeczności, które przestawały rozumieć jego misję i sens jego istnienia.

Nowa epoka Kościoła

Rozumiał to doskonale opatrznościowy Papież Jan XXIII, który zwołał Sobór Watykański II, zakończony czterdzieści siedem lat temu i stanowiący, tak jak w swoim czasie sobór trydencki, nową epokę w życiu Kościoła wędrującego przez wieki wraz z ludem Bożym, dla którego zbawiania został założony. 3

Sobór Watykański II na nowo uświadomił Kościołowi najgłębszą treść jego misji. Zbliżył go do ludzi. Uświadomił mu, że ma być z nimi w ich codziennym życiu; że ma być sumieniem świata i jego oczami dostrzegającymi wyraźnie dobro i zło, prawdę i fałsz, piękno i brzydotę, miłość i nienawiść. Pokazał mu, że nowożytna nauka, technologia i techniczna cywilizacja nie są rywalami wobec Stwórcy, lecz przeciwnie, są - jak to cudownie opisują już starożytne psalmy - oznaką wielkości Boga i wyrazem Jego odwiecznych planów. Sobór Watykański II pokazał całemu światu, że nauka Chrystusowa nie odwraca się od budowania lepszego, piękniejszego świata, lecz że bierze w tym budowaniu fundamentalny udział.

Po Wielkim Piątku historii ludzkości, jakim była pierwsza połowa XX wieku, kiedy ludzkie życie i godność człowieka zostały tak straszliwie sponiewierane, Sobór Watykański II z niezwykłą mocą podkreślił prawdę o nienaruszalnej wielkości i godności ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Z wielką mocą wezwał także wszystkich ludzi dobrej woli do obrony prawdy Bożej, która jest wieczna i niezmienna i której źródłem nie jest demokratyczne głosowanie uczestników debaty sejmowej czy dyskusji telewizyjnej odbywanej w najróżniejszych programach w rodzaju "Kto ma rację" czy też "Decyzja należy do ciebie" - lecz że źródłem tej prawdy jest sam Bóg, który rozstrzygnął na zawsze, w co wierzyć, jak postępować i jaki jest sens życia każdego z nas.

To sam Bóg jest twórcą minimum etycznego złożonego z wierności i wiary, sprawiedliwości i prawdziwości, solidarności i miłości bliźniego, a także z wolności, która nie niszczy słusznego prawa do życia i wolności innych ludzi. Bez takiego minimum etycznych wartości żadne społeczeństwo nie przetrwa, każde rozpadnie się w gruzy. Wartości takich nie jest przy tym w stanie uchwalić sobie demokratycznie żadne społeczeństwo. Jeśli chce je mieć, musi zwrócić się do Boga. Musi pójść na Górę Synaj, po Dekalog. Nie może samo dla siebie stać się źródłem dobra i prawdy.

Nie jesteśmy sami

My, kapłani początku trzeciego tysiąclecia ery chrześcijańskiej, mamy obowiązek czynnego udziału w budowaniu lepszego, bliższego Bogu świata w tym miejscu, w którym postawiła nas Opatrzność. Nie przerażajmy się ogromem problemów i zagrożeń wyłaniających się przed współczesnym chrześcijaństwem i współczesnym kapłanem. Nie mówmy, tak jak mówili Apostołowie: Jak można kilkoma rybami i plackami nakarmić wielotysięczną rzeszę? Nie mówmy więc: Jak można poradzić na tyle zła, grzechu, nieszczęść i najrozmaitszych problemów naszych wiernych? Jak można być znakiem sprzeciwu wobec pełnego pychy, rozpusty, kłamstwa i oszustwa otaczającego nas ze wszystkich stron świata? Jak można sobie poradzić z własną słabością wyrażającą się w tendencji do ulegania wygodnemu, konsumpcyjnemu stylowi życia; a może w uleganiu chciwości i praktycznemu materializmowi; a może nieczystości; a może pysze i najróżniejszym ludzkim ambicjom i wielu innym złym skłonnościom?

Nie mówmy tak i tak nie myślmy. To prawda, że jesteśmy słabi i grzeszni. Ale przecież nigdy nie jesteśmy sami. Z nami zawsze jest Chrystus. Jest realnie i osobowo w Eucharystii, która za sprawą naszej transcendentnej wprost kapłańskiej władzy, pojawia się na naszych ołtarzach. Jest w tabernakulach naszych kościołów. Jest z nami, gdy się modlimy. Gdy cierpimy. Gdy pomagamy potrzebującemu człowiekowi. Z Nim, z Chrystusem, spotykamy się w Piśmie Świętym i w każdym naszym bliźnim. Chrystus jest z nami w każdej chwili naszego życia i tylko On potrafi to, co małe, co niepozorne - zwielokrotnić i uczynić potężnym; tak jak cudownie rozmnożył chleb i ryby.

Bonum est diffusivum sui uczyli nas scholastycy. Dobro jest rozlewne. Rozlewna jest dobroć, miłosierdzie i moc Boża. Dzięki naszemu małemu kapłańskiemu wkładowi, dzięki naszej niewielkiej ofierze, dzięki przyjętemu z pokorą krzyżowi, dzięki niepozornej, niewidocznej dla innych, uczciwej i oddanej bliźnim pracy kapłańskiej Chrystus może napełnić świat ogromnym dobrem, przebaczeniem i miłością.

Ale bądźmy - w tym trudnym współczesnym świecie, w świecie niewrażliwym już na słowa, lecz tylko na autentyczne świadectwo życia - prawdziwą, nie zwietrzałą solą. Bądźmy kapłanami, każdym swoim słowem i czynem świadczącymi o Bogu. Bądźmy kapłanami, którzy nie tylko mówią o Bogu, którzy nie tylko organizują modlitwę dla innych, lecz sami z Bogiem jak najczęściej rozmawiają, lecz którzy sami się gorliwie modlą, sami adorują Najświętszy Sakrament. Odrzućmy konsumpcyjny tryb życia i ogarniające niektórych współczesnych kapłanów zeświecczenie, przejawiające się być może w ich całkiem niekapłańskich zainteresowaniach, w niekapłańskim języku, w niegodnych kapłana zachowaniach, w całkowicie świeckim stroju, w upodobaniu do luksusu, w kulcie dla rzeczy. Odrzućmy to wszystko, ponieważ sprawia, że ci, którzy mają zastępować Chrystusa na ziemi, stają się niekiedy karykaturą kapłana i zamiast zbliżać ludzi do Boga, oddalają ich od Niego, za co odpowiedzą przed Jego sądem, który może przyjść w każdej chwili naszego życia.

Ciągle jest czas na refleksję nad pytaniami: co uczyniliśmy z naszym świętym, wiecznym kapłaństwem? Czy wytrwaliśmy w wierności Chrystusowi? Czy upadając niekiedy na niełatwej drodze życia, potrafimy powstać i prosić Boga o przebaczenie? Czy jesteśmy w stanie dokonać przemiany naszego życia, które czasami może przypominać głębokie koleiny, z których tak trudno się wyrwać, chociaż wiemy dobrze, że wiodą nas na zatracenie? A także na pytanie, czy jesteśmy w stanie sprostać kapłańskim zadaniom w świecie zagrożonym przez niszczący chrześcijaństwo ateistyczny liberalizm.

Ks. abp prof. Stanisław Wielgus, arcybiskup senior archidiec. warszawskiej, wieloletni rektor KUL

Polecamy